Połaniec: Zabił Pana Domu
2008-10-25 12:08:35

W czterech ścianach rozgrywał się dramat. Ojciec przez lata terroryzował rodzinę. Zginął z ręki własnego syna.

24-letni mieszkaniec Połańca jest oskarżony o zamordowanie własnego ojca. Proces młodego człowieka zaczął się w tym tygodniu przed kieleckim Sądem Okręgowym.


polaniec_proces1.jpg
- Nie planowałem tego. To był
odruch. Uderzyłem, potem jeszcze raz. Dopiero później ocknąłem się i
dotarło do mnie, że ojciec nie żyje - mówił oskarżony 24-latek z
Połańca.


W niedzielny wieczór 16 marca tego roku 24-latek i jego siostra wrócili do mieszkania w Połańcu. Ojciec już tu był. Podczas rozprawy chłopak nie chciał zeznawać, podtrzymał jednak swoje zeznania ze śledztwa.
- W domu byliśmy około godziny 21 - opowiadał wtedy. - Ojciec był w swoim pokoju. Nietrzeźwy. Śpiewał jakieś pijackie piosenki. Siostra chciała wracać do mamy. Zaczęliśmy nawet jechać, ale zdecydowałem, że jeśli nie wrócimy do domu, jutro będzie jeszcze gorzej.

Modlitwa

Rodzeństwo wróciło do domu i usiadło w jednym z pokojów. To wtedy 18-latka wymieniła z matką smsy, o których kobieta opowiadała teraz przed sądem:
- Gdy po sprzątaniu spojrzałam na "komórkę”, było sześć nieodebranych połączeń od córki. Miałam za mało na koncie, by zadzwonić, więc napisałam do niej. Odpisała, że ojciec jest pijany. Domyśliłam się, jak może wyglądać sytuacja. Zaproponowałam, by wracali, ona odpisała, że czekają, aż ojciec zaśnie - relacjonowała kobieta.

"Nie planowałem tego”

48-latek zasnął, ale około godziny 23 znowu się obudził.
- Zaczął wyzywać - opowiadał w śledztwie oskarżony. - Żaden ojciec nie mówiłby do swej córki tak, jak on powiedział do mojej siostry. Do mnie mówił, że jestem nikim. Kazał oddać sobie kluczyki od samochodu. Powiedziałem mu, że zepsuł mi psychikę. Złapał mnie za twarz i odepchnął. Wtedy zamachnąłem się metalowym walcem od ciężarków, który zrobił mi kiedyś sąsiad. Nie planowałem tego. Ojciec upadł. Uderzyłem jeszcze raz. Dopiero później ocknąłem się i dotarło do mnie, że ojciec nie żyje.

Pożegnanie

18-latka była w tym czasie w innym pomieszczeniu. Gdy dowiedziała się, co się stało, chciała wzywać karetkę. Brat powiedział jej, by nie wchodziła do pokoju, gdzie leżał ojciec. Rodzeństwo wsiadło do samochodu i pojechało do matki.
- Chciałem z nią pobyć, bo wiedziałem, że potem to nie będzie możliwe - relacjonował 24-latek.

- Kiedy przyjechali, córka histerycznie płakała. Zaczęła chodzić po domu. Syn był blady. Stał jak posąg, potem usiadł w fotelu. Nie wiedziałam, co się stało. Do głowy przychodziły mi różne czarne scenariusze. Pytałam, czy ojciec zaatakował ich nożem, czy miał broń, czy może coś wybuchło lub spłonęło. Kiedy córka powiedziała mi, co się stało, początkowo nie chciałam wierzyć - opowiadała matka oskarżonego. - Potem siedzieliśmy razem na dywanie i płakaliśmy. To było nasze pożegnanie, bo wiedzieliśmy, że trzeba teraz zgłosić się na policję. Zapewnialiśmy się nawzajem, że to, co się stało i to, co będzie się dziać, nie rozdzieli nas. Że będziemy razem.
Kobieta zadzwoniła po swego brata mieszkającego w Krakowie i wspólnie pojechali do Komisariatu Policji w Połańcu. 24-latek oddał się w ręce funkcjonariuszy i wszystko opowiedział. Od początku przyznawał się do winy. Przesłuchiwany sam oceniał, że powinien trafić do tymczasowego aresztu.

- Wiem, że wyrządziłem wielką krzywdę nie tylko ojcu, ale także sobie i całej rodzinie - mówił w tym tygodniu, po tym jak prokurator odczytał akt oskarżenia.

Kryjówka przed tatą

Pierwszym świadkiem podczas procesu była matka oskarżonego. Jej opowieści na temat tego, co działo się w rodzinie, są przerażające. Wszystko zaczęło się dawno temu. Pierwsze wyzwiska pod adresem córki mężczyzna rzucać miał, gdy ta miała 6 czy 7 lat.

- Kiedy mieszkaliśmy jeszcze u mojej mamy, on na oczach dzieci potrafił rozjeżdżać samochodem małe kaczątka biegające po podwórku. Kiedy nie było go dłuższy czas, wiedzieliśmy, że wróci pijany i będzie się awanturował, syn budował szałasy z gałęzi. Mówił, że to kryjówka, w której schowamy się przed tatą - opowiadała kobieta.
Relacjonowała, że jej mąż zabraniał synowi spotykać się z rówieśnikami, wymyślał mu ciężkie i brudne prace.

- Rzadko używał jego imienia. Zwracał się do niego wyzwiskami. Kiedyś kopnął syna w twarz i miał wielką satysfakcję, kiedy zaczęła lać się krew. Jedyną pasją syna stało się granie na elektrycznym instrumencie klawiszowym. Zrezygnował z niej, kiedy ojciec wracając do domu pijany z koleżkami, kazał mu grać i choć zupełnie się na tym nie znał, wytykał jakieś błędy - opowiadała kobieta.

Groził, że pozabija


Matka oskarżonego wspominała też, jak sama była traktowana. Mówiła, że w latach 90. mąż przyniósł skądś broń z czasów drugiej wojny światowej. Sięgnął po nią po którejś z kolejnych awantur.

- Ukryłam się za drzewem na podwórku, a on strzelił w moją stronę dwa albo trzy razy. Sąsiedzi nie widzieli tego, ale słyszeli - opowiadała przed sądem. - On za nic miał policjantów. Jeździł po alkoholu, groził że jeśli powiadomię kogoś o tym, co się dzieje w domu, on nas pozabija. Ja naprawdę się tego bałam. Znam rodziny, w których taki oprawca został zatrzymany a potem wypuszczony i wyżywał się jeszcze bardziej.

Michał Nosal

źródło: Echo



https://swietokrzyskie.info/printnews.php?id=4557