To była gorąca sobotnia noc w wiosce pod Kazimierzą...
Najpierw była awantura małżeńska z użyciem… motyki, później pożar, a na końcu przejażdżka, która zakończyła się na drzewie - tak opowiadają policjanci o gorącej sobotniej nocy w pewnej wiosce niedaleko Kazimierzy Wielkiej.
Policja czeka aż kobieta wytrzeźwieje, aby móc ją przesłuchać. W chwili zatrzymania miała ponad półtora promila. (archiwum)
Najpierw zaalarmowana została straż pożarna. - Wezwanie dostaliśmy w sobotę przed północą. Paliła się drewniana szopa, w której przechowywano opał - opowiada Adam Zaborowski z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach. - Było zagrożenie, że ogień może się przerzucić na drewniany dom, garaż i stodołę. Ale udało się te budynki uratować.
Na posesji był mężczyzna, jak się okazało - gospodarz. - Człowiek miał poranione ręce. Opatrzyliśmy go i przekazaliśmy ekipie pogotowia - dodaje Adam Zaborowski.
Ale to nie był koniec. Na miejsce przyjechała też zawiadomiona o pożarze policja. I odkryła kulisy całej historii.
- Ustaliliśmy, że w nocy doszło do awantury między 65-letnim gospodarzem i jego 60-letnią żoną. Z jakiego powodu, jeszcze nie wiemy - opowiada Marek Różycki, rzecznik prasowy kazimierskiej policji. - W czasie kłótni kobieta chwyciła podobno motykę i uderzyła męża w głowę. Na szczęście rozcięła mu tylko naskórek. Mężczyzna twierdzi, że małżonka skaleczyła go jeszcze nożem w rękę. Później podpaliła szopkę i, może chcąc uciec, wsiadła do samochodu i odjechała.
Jej podróż skończyła się bardzo szybko. - Czterysta metrów dalej uderzyła autem w drzewo - dodaje Marek Różycki. - Okazało się, że w wydychanym powietrzu miała ponad półtora promila alkoholu. Mąż też nie był trzeźwy, wydmuchał ponad pół promila.
Wczoraj policjanci czekali aż kobieta wytrzeźwieje, żeby móc ją przesłuchać.
/mow/
źródło: