Pińczów: Rodzinne piekło
2007-12-17 10:29:45

Mężczyzna groził podobno, że się powiesi, a wszystko przez konflikt, który trwa w podpińczowskiej wsi od lat. - To woła o pomstę do nieba - alarmuje jego siostra.

- To, jak jest traktowany nasz chory brat przez siostrzeńca, woła o
pomstę do nieba - rozpacza Jadwiga Bracha z Grzegorzowic koło Pińczowa.
- W piątek uciekał do lasu wieszać się z tej rozpaczy, a ja go goniłam
boso, żeby sobie nic nie robił. W ostatniej chwili go powstrzymałam
przed najgorszym. Siostrzeniec odpiera zarzuty.

pinczow_pieklo1.jpg
W piątek ratowałam brata, bo chciał się powiesić - rozpacza Jadwiga Bracha z Grzegorzowic koło Pińczowa. (D. Łukasik)


Pani Jadwiga
zalewa się łzami i opowiada, co według niej rodzina wyprawia z jej
bratem Ryszardem Pawełczakiem. - Siostrzeniec odciął mu wodę, światło,
ogrzewanie, nie wpuszcza do kuchni i ubikacji, nie pozwala korzystać z
pomieszczeń gospodarczych, węgiel musi trzymać w pokoju - relacjonuje
roztrzęsiona.

- Wyganiają go do lasu, wykrzykują, żeby poszedł
mieszkać ze szczurami. A brat jest po zapaleniu opon mózgowych, nie
skończył żadnej szkoły, nie ma pamięci, nie umie się obronić. Co
najgorsze, siostrzeniec razem z jego matką wyrzucają go z pomieszczeń,
które mu się prawnie należą - dodaje.

ŻALE I PŁACZE

53-letni
Ryszard wygląda na bardzo załamanego i przestraszonego. Krąży koło domu
z butelką wody, po którą musi chodzić do rzeki, bo - jak twierdzi -
siostrzeniec mu wszystkie media poodcinał. Dwa pokoje, które zajmuje w
domu w Byczowie, tuż za Grzegorzowicami, przypominają bardziej
zagracony magazyn z węglem i styropianem niż miejsce, gdzie można
mieszkać. - Tu nie da się żyć - płacze. - Nie pozwalają mi nic w tych
pokojach robić, pomalować, wyremontować. A ja całe życie ciężko
pracowałem i mamusia mi to zapisała. Sam tę wodę pomagałem jej
podłączać, harowałem na gospodarce, w polu, przy zwierzętach, a teraz
chcą mnie stąd wygonić. Krzyczą na mnie: "chory jesteś, wynoś się do
lasu”.

- Przenigdy nie pogodzę się z tą niesprawiedliwością
- mówi Jadwiga Bracha, która też jest schorowana, nie może chodzić, dwa
miesiące temu pochowała męża. Rozpacza, że jak nic się nie zmieni, to
dojdzie tu do tragedii. - Moja już nieżyjąca matka 15 lat temu zapisała
po połowie domu i budynków gospodarczych bratu i siostrzeńcowi, którego
zresztą wychowała - pokazuje akt notarialny. - Siostrzeniec obiecał, że
za ten zapis będzie się chorym wujkiem opiekował. A on, nie dość że
sprowadził tutaj swoją matkę z Kielc, to jeszcze razem chcą stąd
chorego Ryśka wyrzucić. Nie pozwalają mu trzymać węgla w
pomieszczeniach gospodarczych, które są jego, ani korzystać z ubikacji
czy kuchni. Nie ma siły dłużej z nimi walczyć, dziś rano powiedział mi
to samo, że się powiesi. Chciałby pożyć w spokoju.

JAK SOBIE ZROBIŁ, TAK MA

Druga
strona konfliktu nie zgadza się zarzutami. Ciotkę chorego Ryszarda,
panią Sabinę, zastajemy w kuchni, akurat gotuje obiad. - Ani ja, ani
syn nikogo nie maltretujemy - broni się. - Nie odpowiadamy też za
wygląd pokoi, jak sobie zagracił, to tak ma. On jest chory, niech się
nim zajmą siostry, ja sama mam problemy ze zdrowiem, nie mam siły się z
nikim użerać. Ten człowiek jest niebezpieczny, kiedyś z siekierą latał.
Powinno mu się przydzielić kuratora, żeby miał kontrolę nad tym, co
robi. Jak nie płacił za światło i wodę, to jej nie ma.

- Takie
oskarżenia, że brat jest niebezpieczny, to są wierutne bzdury -
prostuje Zofia Grzegorzewska, druga siostra pana Ryszarda, mieszkająca
w Częstochowie. - On jest bezradny jak dziecko, nawet nie pozwalają mu
drzewa narąbać, kłódkę od suszarni wyrwali i wszystko wyrzucili.
Dzwonię do niego codziennie ze strachem, czy jeszcze żyje, i tłumaczę,
żeby to jakoś wytrzymał, może coś się zmieni. Błagam o pomoc w jego
imieniu. Jak go do siebie raz na jakiś czas przywiozę, to go wymyję,
wszystko przepiorę, bo tam nie ma dostępu do wody, do ubikacji, to jest
nieludzkie, tak traktować człowieka. Sprawy w sądzie w Pińczowie już
czwarty rok się toczą o to, żeby mógł zająć te pomieszczenia, które mu
się prawnie należą, i mógł godnie żyć, ale finału jeszcze nie ma.

NIE BĘDĄ SOBIE WCHODZIĆ W DROGĘ?

Panu
Wojciechowi, siostrzeńcowi pana Ryszarda, trudno jest wytłumaczyć,
dlaczego nie pozwala choremu wujkowi trzymać węgla w budynkach
gospodarczych i ma odłączone media. - On ma tylko prawo dożywotniego
mieszkania, a budynki gospodarcze należą się mnie - tłumaczy. - Ale jak
zrobię mu osobne wejście, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę, to wtedy
udostępnię mu budynek gospodarczy, niech tam sobie trzyma, co chce.
Ciężko się z nim dogadać, bo chory.






Iwona Rojek

źródło: Echo

 



https://swietokrzyskie.info/printnews.php?id=3248