Babie Lato przyciągnęło do Skalbmierza tłumy widzów. Były zespoły ludowe, swojskie jadło, a na deser upieczono tysiąc ziemniaków.
W niedzielę w południe w Skalbmierzu lało jak z cebra. Ale na kwadrans
przed rozpoczęciem III Babiego Lata... deszcz ustał i zza chmur
wyjrzało słońce.
- Pogodę zamawia "na górze” burmistrz. Widocznie
ma trochę na sumieniu, skoro Pan Bóg postanowił postraszyć nas przed
festynem - żartowała Agata Jackiewicz, szefowa Miejsko-Gminnego Ośrodka
Kultury.
Mistrz wikliniarstwa spod Wadowic wyplatał kosze na oczach publiczności. (A. Ligiecki)
FOLKLOR Z POGRANICZA
- To nie do końca
tak. Pogodę zamawiamy pół na pół, ja i pani dyrektor - ripostował z
uśmiechem burmistrz Michał Markiewicz. Ostatnie słowo należało jednak
do Leszka Benke, lidera Kabaretu z Kopydłowa, który był gwiazdą
imprezy. - Ładną pogodę przywiozłem ja. Z Krakowa. Tak się przecież
umawialiśmy - zawyrokował superkomendant.
Rzeczywiście tak było. Do... wieczora, do występu kopydłowian. Potem aura pokazała, że potrafi płatać figle.
Niezależnie od pogodowych zawirowań, festyn na placu
giełdy rolnej obejrzały tysiące ludzi. Skalbmierz przeżył w niedzielę
prawdziwe oblężenie - zaparkować samochód w pobliżu giełdy graniczyło z
cudem.
Na estradzie królował folklor z pogranicza regionów
świętokrzyskiego i małopolskiego. Po raz pierwszy wystąpił w
Skalbmierzu zespół ludowy Wiśliczanie. Artyści z Wiślicy wypadli bardzo
dobrze, choć jak przyznali, musieli... troszkę się oszczędzać. Jutro
mają kolejny koncert, na dożynkach w Solcu Zdroju. Oglądaliśmy także
kapele Buskowianie z Buska Zdroju, Małopolanie z Działoszyc i Jędrzej z
Jędrzejowa, zespół Bejscowanie z Bejsc oraz "świętokrzyskich górali” -
Bęczkowian z podkieleckiego Bęczkowa. Na finał Kabaret z Kopydłowa
bawił publiczność przez półtorej godziny, prezentując hity znane z
telewizyjnych "Spotkań z balladą”.
BARAN, OSCYPKI I LEON ZAWODOWIEC
Atrakcją
festynu byli też... prawdziwi górale. Wiktor Zachwieja z Rabki, wraz z
rodziną przywieźli do Skalbmierza oscypki i pieczonego barana "prosto z
ognia”.
Nie brakowało naszego swojskiego jadła. Gospodynie z Broniszowa częstowały
supersmalcem
z pieczarkami, który w oka mgnieniu znikał ze stołu. Pyszne ciasta - z
"leonem zawodowcem”, makowcem i sernikiem - serwowały panie z
Boszczynka, pod okiem Teresy Bondaś. Były śliwki, smalec i ogórki z
Uściszowic, naturalny miód z gospodarstwa pasiecznego w Kazimierzy
Małej. Mistrz wikliniarstwa z Olszyny koło Wadowic wyplatał "na żywo”
piękne kosze, zaś Barbara Jędrol-Kościak z Uniejowa dziergała koronkowe
bluzki, parasole, obrusy i zazdrostki.
Organizatorzy
przygotowali smakowitą grochówkę, były stoiska gastronomiczne,
kiermasze. Dorośli oblegali ogródki piwne, dzieci mogły do woli bawić
się w wesołym miasteczku. Nie zabrakło wielkiego pieczenia ziemniaków.
W ognisku obok estrady upieczono... tysiąc kartofli.
Adam Ligiecki
źródło: 