Pożar lasu na ziemi kazimierskiej to prawdziwa rzadkość. Na co dzień strażacy uganiają się za owadami.

Strażacki uniform do walki z owadami prezentują (od lewej): dowódca zmiany Marcin Bożek, Krzysztof Juszczyk i Michał Puchała. (A. Ligiecki)
Choć to środek wakacji, kazimierscy strażacy pracują na okrągło. Niemal codziennie muszą stawiać czoła agresywnym owadom, a ostatnio mieli niezwykły "przerywnik” przy... gaszeniu lasu.
Niezwykły, gdyż pożary lasów w regionie kazimierskim zdarzają się bardzo rzadko.
MŁODNIK W OGNIU
- To prawda, mniej więcej raz na siedem, osiem lat - potwierdza starszy kapitan Janusz Buła, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej. - Z prostej przyczyny - mamy mało lasów. Nie tak jak choćby w powiecie koneckim, gdzie strażacy notują 120 wyjazdów rocznie do tego typu pożarów.
W ogniu stanął prywatny las - młodnik w Charbinowicach, w gminie Opatowiec. Przyczyną pożaru mogło być wypalanie słomy, jaka została po żniwowaniu na znajdującym się obok ściernisku. Do gaszenia wezwano kazimierską straż "zawodową” oraz trzy jednostki ochotnicze - z Bejsc, Kociny i Sokoliny. Przybyli też druhowie z Charbinowic.
W trwającej kilka godzin akcji wzięło udział ponad 30 strażaków. Pomagali mieszkańcy. Udało uratować się połowę z liczącego sobie hektar młodnika.
W BUDZIE, ZA BOAZERIĄ
O wiele bardziej dają się we znaki agresywne owady. Tylko w ostatnim tygodniu strażacy byli wzywani dziesięć razy do usuwania uprzykrzających życie mieszkańcom os, pszczół i szerszeni.
Sporo napracowali się w Chruszczynie Wielkiej. Tam osy zagnieździły się... za panelami. Aby je usunąć trzeba było zrywać w pokoju niemal całą boazerię. Dwa razy strażacy jeździli do Kaczkowic koło Bejsc. Najpierw zmagali się z osami na poddaszu budynku inwentarskiego, potem - w wodociągowej wieży ciśnień. Tu były tak agresywne, że nie pozwalały pracownikom wejść do środka. Rój pszczół grasował z kolei w posesji przy ulicy Nowa Wieś w Kazimierzy. Najbardziej niebezpieczne z owadów - szerszenie - trzeba było eksmitować z poddasza domu w Słonowicach.
I tak nie jest najgorzej - twierdzą strażacy. Prawdziwą plagę owadów mieliśmy przed dwoma laty, gdy na Ponidziu panowały iście tropikalne upały. Do historii przeszły "męki”... psa w jednej ze wsi koło Skalbmierza. Osy założyły gniazdo w jego budzie, nie pozwalając kundlowi wejść do środka. Z opresji wybawili go dopiero strażacy. Był też rój pszczół w kabinie ciągnika, przez co rolnik nie mógł wyjechać traktorem na żniwa. - Dobrze, że mamy zaprzyjaźnionego pszczelarza - mówi starszy kapitan Buła. - Zabrał z sobą "rójkę”, sprowadzając pszczoły z powrotem do ula.
OWADY NA WOLNOŚĆ
Na "wojnę z owadami” strażacy wyruszają w specjalnym uniformie. To jasny, jednoczęściowy kombinezon - z kapeluszem i siatką, jak u pszczelarza, wykonany z tworzywa, które zabezpiecza przed użądleniem, a nawet przegryzieniem przez szerszenie.
- Jedno chciałbym podkreślić z całą stanowczością: strażacy nie zabijają tych owadów. Usuwamy je z miejsca zagrożenia, potem wypuszczamy na wolność - wyjaśnia Janusz Buła. - W ustronnym miejscu, w lesie bądź zagajniku.
Adam Ligiecki
źródło: