W kukurydzy, ziemniakach, zbożach, łąkach... Rolnicy nie mają spokoju i są bezsilni.
Nie pomagają nocne pilnowania, wystrzeliwane petardy, substancje
zapachowe, zapalane nocą znicze, a nawet... grające na polach radia na
baterie. - Te pierony nie boją się niczego! - rozkładają ręce bezradni
rolnicy.
Dziki nie boją się nawet petard.
Radni biją na alarm - dziki buszują w uprawach
kukurydzy wyrządzając rolnikom wielkie szkody! - Szkody na użytkach
zielonych wyrządzone przez te zwierzęta dotyczą terenu całego powiatu
włoszczowskiego - alarmują rajcowie. - Dziki rzeczywiście są.
Największy problem jest w obwodzie numer 118 (okolice Bebelna, Krzepina
- na pograniczu gmin Włoszczowa i Secemin). To obwód łowiecki leśny
zarządzany przez Koło Łowieckie Wiara Myśliwska. Stąd pochodzi
najwięcej interwencji - informuje Cezary Nowak, kierownik Wydziału
Rolnictwa, Leśnictwa i Ochrony Środowiska we włoszczowskim starostwie.
- Ostatnio populacja dzika w Polsce wzrosła. Wynika
to z bazy żywieniowej. Zwiększyła się uprawa kukurydzy na polach. Jej
ziarno ma w sobie dużo białka, jest wysokokalorycznym posiłkiem dla
dzików. Poza tym użytki zielone są bardzo zapędraczone. Dziki grzebią w
ziemi szukając robaków, które stanowią ich kolejne źródło pokarmu.
Zwierzęta te mają obecnie bardzo dobre warunki do żerowania i
rozmnażania się - dowiedzieliśmy się od członka Koła Łowieckiego Belina
we Włoszczowie.
Adam Świtała z Knapówki gospodarzy na 60
hektarach pola. Kukurydzą obsadził 10 ha. W maju wybrał się na pole. -
Ja się patrzę, a moją kukurydzę dziki powybierały - mówi gospodarz. -
Półtora hektara pola było do ponownego zasiewu. Straty liczę gdzieś na
tysiąc złotych. Zgłosiłem to do koła łowieckiego w Krzepinie. Obiecali,
że coś zwrócą, ale do dzisiaj jest cicho. Do tej pory źle nie było z
płaceniem. Koło wypłacało odszkodowania - twierdzi Adam Świtała.
Problemy
z dzikami w Knapówce nie są nowością. Pojawiają się cyklicznie od kilku
lat, jak tylko na polach pojawiła się w maju kukurydza. Jak sobie
rolnicy radzą z tymi szkodnikami? - Panie, płoszyłem je petardami w
nocy i nic nie dało. Substancje zapachowe też nie zdają egzaminu.
Ostatnio znicze świecimy w polu, żeby je odstraszyć. Pierwszy dzień to
pomaga, ale potem wracają. Słyszałem, że jeden gospodarz z sąsiedniej
wsi to nawet radio na baterie zostawił na polu, żeby grało - opowiada
pan Adam.
Podobny kłopot z dzikami mają Monika i Artur Fidera z
Knapówki, drudzy po Adamie Świtale właściciele największego
gospodarstwa we wsi (40 hektarów). Ich pole kukurydzy również liczy 10
ha. - Od początku maja jest problem z dzikami - twierdzi pani Monika. -
Mąż przez dwa tygodnie z pola nie schodził. Pilnował w nocy. Strzelał z
petard, bo dziki boją się huku. Myśliwi też pilnowali w swoich
ambonach. Dali nam preparaty, żeby zastosować je na polu. Śmierdziały
tak niesamowicie, że jak mąż je przywiózł z Krzepina, to potem do
samochodu nie dało się wejść. Myśliwi opowiadali, że mają duży problem
z dzikami, bo jest ich dużo - tłumaczy Monika Fidera.
Na każdym
jej polu są jakieś straty wyrządzone przez dziki. Gospodyni czeka
obecnie na odszkodowanie z koła łowieckiego. Szkody szacuje na około
tysiąc złotych. - I to tylko w samym ziarnie, nie licząc naszej
robocizny, zużytego paliwa, sprzętu - zastrzega. - Na początku mieliśmy
problem z wronami, które wybierały posadzone ziarno. Gdy kukurydza
zaczęła kiełkować - pojawiły się dziki. Kilka dni temu znowu tu były.
Już czwarty raz zryły nam pole w tym roku. Robią to tak, że ustawiają
się wzdłuż grządek i ryją w ziemi do samego końca. Co roku mamy taki
sam problem. Jak tylko kukurydza wschodzi, a potem, jak trzeba zbierać
kolby (sierpień-wrzesień). Bo za nimi też przepadają dziki. Dlatego co
roku się spieszymy przy zbiorze, żeby straty były jak najmniejsze -
opowiada Monika Fidera z Knapówki.
Niektórym rolnikom nie chce
się dochodzić odszkodowań od kół łowieckich, bo twierdzą, że i tak
dostaną niewiele i że cała gra nie jest warta świeczki. - Znam
przypadek, gdzie za zgłoszoną szkodę Koło Łowieckie Belina z Włoszczowy
zapłaciło rolnikowi 30 złotych. Koła powinny dokonywać odstrzały - mówi
Władysław Malicki z Sułkowa, radny powiatowy, u którego dziki również
wyrządziły szkody na użytkach zielonych (podchodząc pod same
zabudowania), ale pan Władysław nie będzie ubiegał się o odszkodowanie.
- Szkoda zachodu za takie pieniądze - twierdzi.
- Ja też nie
zgłoszę szkody, bo to jest bez sensu, nie opłaca się - mówi Sylwester
Ciszek z Sułkowa. - Jakieś trzy lata temu dostałem odszkodowanie za
zniszczoną łąkę w wysokości 100 złotych. To była kropla w morzu. Jeśli
chodzi o dziki, to nie da się z nimi rady. U mnie wyrządziły szkody w
uprawie kukurydzy i zniszczyły częściowo łąki torfowe. Przez kilka dni
pilnowałem w nocy pola. Kupiłem petardy. Jak strzeliłem, to uciekły.
Nawet objeżdżałem pole ciągnikiem z włączonym radiem... - opowiada pan
Sylwester o tym, jak odstraszał dziki ze swojego pola.
Zdaniem
Cezarego Nowaka z Wydziału Rolnictwa, Leśnictwa i Ochrony Środowiska
Starostwa Powiatowego, analiza rocznych odstrzałów dzika nie wykazała
wyraźnych różnic w porównaniu do ubiegłego roku, chociaż wydział
występował do Nadleśnictw Włoszczowa i Koniecpol o zwiększenie planów
odstrzałów tego zwierzęcia. - Rolnikom pozostaje tylko dochodzenie
swoich roszczeń z tytułu wyrządzonych przez dziki szkód w kołach
łowieckich, które dzierżawią dane obwody. Jak do tej pory, żadna gmina
z naszego powiatu nie zgłosiła zażalenia na jakieś koło łowieckie w
naszym Wydziale Rolnictwa - informuje kierownik Nowak.
Rafał Banaszek
źródło: 