Mało brakowało, a wyleciałby w powietrze zakład trudniący się przerobem drewna w Połańcu.
Jeden z pracowników firmy znalazł na ruchomej taśmie z kawałkami drewna prawie półmetrowej długości pocisk.
-
Gdyby pocisk trafił do urządzenia tnącego drzewo nikt z pracowników
zakładu by nie przeżył - stwierdził chorąży Robert Krasowski, dowódca
saperów z kieleckiej jednostki na Bukówce.
Gdyby pocisk trafił do urządzenia tnącego drzewo nikt z pracowników zakładu by nie przeżył - twierdzą saperzy. (archiwum)
Pocisk artyleryjski
o kalibrze 100 milimetrów i długości 40 centymetrów był uzbrojony, co
oznacza, że w każdej chwili mógł eksplodować. To jak znalazł się on na
taśmie ustala policja. Niewypał został znaleziony tam wczoraj z samego
rana przez jednego z pracowników. Natychmiast zatrzymano taśmociąg i
wezwano policję oraz saperów. Wstępnie przypuszczano, że pocisk został
zabrany z lasu przez przypadek. Razem z drzewem mógł zostać zapakowany
przez specjalną ładowarkę na samochód.
- Wydaje się to mało prawdopodobne - mówił wczoraj
dowódca saperów. - Trudno sobie wyobrazić, że tego pocisku nie
zauważono przy załadunku i rozładunku drewna. Tym bardziej że w grę
wchodził transport samochodem i pociągiem. Wyglądało na to, że pocisk
został w pewnej chwili podrzucony. To czy tak mogło być ustali policja.
Jedno jest pewne, przy taśmie pracowali ludzie. Mogło dojść do wielkiej
tragedii.
/MPB/
źródło: 