Strażnik leśny wieziony na badanie alkomatem wyskoczył z wozu, pogryzł policjanta wezwanego na pomoc i uciekł - opowiadają stróże prawa.
Teraz jest poszukiwany. Grozi mu do trzech lat więzienia, straci też pracę.
Strażnik leśny wieziony na
badanie alkomatem wyskoczył z wozu swego przełożonego, pogryzł
policjanta wezwanego na pomoc i uciekł - opowiadają stróże prawa.
Według
policjantów, 45-letni strażnik leśny z Koniecpola, mający kilkanaście
lat stażu, w czwartkowe przedpołudnie chwiał się na nogach i było od
niego czuć alkohol. Ponieważ w takim stanie był na służbie, przełożeni
zdecydowali, że należy przebadać go alkomatem.
- Komendant
Straży Leśnej z Koniecpola wziął mężczyznę do swego auta i jechał z nim
do komendy policji. Gdy na trasie w gminie Radków zwolnił, 45-latek
zdołał wysiąść z samochodu. Groził, że ucieknie w las - opowiada Artur
Szkot, oficer prasowy włoszczowskiej policji.
Komendant zadzwonił po policjantów, do pomocy w
uspokojeniu mężczyzny poprosił też telefonicznie jego 19-letniego syna.
Oficer dyżurny policji posłał patrol z Włoszczowy. Najszybciej na
miejscu był 25-letni funkcjonariusz roznoszący akurat w okolicy
wezwania.
- Strażnik, gdy przechodził obok volkswagena, którym
podjechał jego syn, wskoczył do auta. Policjant w porę zareagował. Nie
dał zamknąć drzwi, zabrał kluczyki. Wtedy mężczyzna go zaatakował. Bił,
kopał, oberwał nogawkę spodni, a wreszcie ugryzł w dłoń - tłumaczy
Artur Szkot i dodaje, że w tym czasie 19-latek zaczął szarpać się z
komendantem straży.
Z pierwszych relacji wynika, że 45-latek
wyrwał kluczyki z pogryzionej ręki policjanta, kopnął go w brzuch, a
potem zdołał odpalić wóz. Chciał zabrać z sobą syna, tego jednak
policjant schwytał już i rozłożył na ziemi.
- Samochód ominął
ich i odjechał. Chwilę później pojawił się patrol z Włoszczowy.
Policjanci przeszukali okolicę, nie odnaleźli jednak 45-latka ani jego
wozu. Wkoło nie brak leśnych dróżek, które strażnik z pewnością dobrze
znał - przyznaje Artur Szkot.
19-latek został zatrzymany. Jego ojca
do wczorajszego popołudnia nie udało się odnaleźć. Nie było go w domu -
na Śląsku. Poszukiwanemu teraz przez policjantów grozić może do trzech
lat więzienia. A to nie jedyny jego kłopot.
- Czeka go
zwolnienie z pracy. Nie wolno pobłażać. Niedopuszczalne jest, żeby w
lasach działo się coś podobnego. Pracuję od 20 lat i z czymś takim
stykam się po raz pierwszy - komentował wczoraj Jan Skrzyniarz,
nadleśniczy Nadleśnictwa Koniecpol.
/minos/ źródło: 