To był wypadek, czy coś innego? 2006-12-22 10:42:09
Wyrok w sprawie mężczyzny oskarżonego o zabójstwo 26-latka znalezionego w Lesie Winiarskim koło Buska jesienią 2002 roku, zapadnie dziś w kieleckim Sądzie Okręgowym. Prokurator domaga się 15 lat więzienia.
Rzecz zaczęła się dawno temu, nie łatwo jednak było stróżom prawa doprowadzić ją do finału. W połowie września 2002 roku mieszkająca w okolicy kobieta znalazła w Lesie Winiarskim oparte o drzewo ciało mężczyzny. Okazało się, że to 26-latek, którego zaginięcie zgłosili niedawno bliscy. Biegły oglądający ciało na miejscu, nie znalazł żadnych obrażeń. Pierwsze relacje mówiły, iż do śmierci doszło najprawdopodobniej z przyczyn naturalnych.
Pożyczył i wyjechał
Policjanci ustalili, że młody człowiek po tym, jak skończył pracę w skupie jabłek, gdzie dorywczo się najmował, biesiadował z kolegami, jeżdżąc z jednej miejscowości do drugiej. Ostatnią osobą, z jaką go widziano, był jego rówieśnik. Późniejsza ofiara była pasażerem samochodu. Siedziała na tylnym siedzeniu.
- Z wyjaśnień oskarżonego wynika, że zaczął budzić pasażera, a potem uciskać jego szyję aby – jak twierdzi – ratować mężczyznę, bo temu z ust wydostawała się piana. Oskarżony utrzymuje, iż sądził, że coś utknęło w gardle. Dlaczego nie zadzwonił po pogotowie? Dlaczego nie zawiózł mężczyzny do rodziny, tylko wywiózł ciało do lasu i uciekł? – pytała przed kieleckim Sądem Okręgowym pani prokurator.
Tego wszystkiego stróże prawa na początku jednak nie wiedzieli. W śledztwie ustalono, że oskarżony teraz mężczyzna do domu wrócił około północy. Pooglądał telewizję i poszedł spać. Rankiem pożyczył 50 złotych i nawet się nie przebierając pojechał do Wrocławia.
Policja i... policja
Rozpoczęły się poszukiwania 26-latka. Wiosną 2003 roku wystawiono za nim list gończy nakazujący zatrzymanie mężczyzny w związku z prowadzeniem przez niego auta po pijanemu.
Trop - jak już wspominaliśmy - wiódł do Wrocławia. Tu policjanci, występując incognito, umówili się z biznesmenem, który - jak podejrzewali – wiedział, gdzie jest 26-latek. Mężczyzna przystał na spotkanie, nie poszedł na nie jednak. Wystraszony, że obcych nasłał ktoś, komu winien jest pieniądze, powiadomił o sprawie funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. To oni stawili się w miejscu wyznaczonym przez naszych policjantów. Jak owo spotkanie wyglądało, żadna ze stron nie chciała potem zdradzić.
Odnaleziony i wypuszczony
Poszukiwanego udało się odnaleźć. Postawiono mu zarzut jazdy pod wpływem alkoholu, przesłuchano jako świadka w sprawie śmierci 26-latka znalezionego w Lesie Winiarskim, a później... wypuszczono. Prokuratorzy tłumaczyli, że wtedy nadal nie było szczegółowej opinii biegłych, co do bezpośredniej przyczyny śmierci 26-latka. Taka ekspertyza, oceniająca, że powodem śmierci było uduszenie, przyszła z Łodzi pod koniec grudnia 2003 roku.
Wtedy na nowo zaczęły się poszukiwania 26-latka. Mężczyzna, któremu zaocznie przedstawiono zarzut zabójstwa, jakby się pod ziemię zapadł. Szukającym go policjantom z pomocą przyszedł przypadek.
Niemiecki trop
W maju 2004 roku do świętokrzyskiej policji przyszedł list ze szpitala w Niemczech. Jego dyrekcja prosiła o ustalenie adresu mężczyzny, który niedawno po tym jak operacyjnie usunięto mu ząb, uciekł z oddziału nie płacąc za zabieg. W piśmie padało nazwisko poszukiwanego. Europejski Nakaz Aresztowania podejrzanego wystawiono dopiero w grudniu 2004 roku. Oskarżonego teraz mężczyznę niemieccy policjanci zatrzymali w Bawarii.
W połowie września 2005 roku, w trzy lata po śmierci chłopaka w Lesie Winiarskim, udało się przywieźć podejrzewanego do Polski. Stanął przed sądem. W tym tygodniu proces dobiegł końca. Strony wygłosiły swe ostatnie mowy.
„Nieszczęśliwy wypadek”?
- Biegły stwierdził, że przyczyną śmierci było uduszenie. Nie przypadkowe, bo trwało kilka sekund, a obrażenia wskazują, że 26-latek duszony był z dużą siłą – argumentowała pani prokurator, domagając się dla mężczyzny 15 lat wiezienia.
- Oskarżony był kompletnie pijany i udzielał pomocy kompletnie nietrzeźwemu. Dopiero później zaczął popełniać głupstwo za głupstwem. Po co wywiózł zwłoki do lasu? Po co je tam zostawił? Po co wyjechał następnie za granicę? Ale czy na podstawie takich znaków można twierdzić, że popełnił przestępstwo? – dopytywał obrońca, wskazując na różnice w opiniach biegłych i brak wyraźnego motywu, jaki miałby doprowadzić do zatargu między mężczyznami.
Adwokat chce uniewinnienia swego klienta, nazywając to, co się stało „nieszczęśliwym wypadkiem”.
- Nie poczuwam się do winy. Żałuję jedynie, że go wtedy wywiozłem, a nie do szpitala pojechałem – mówił w ostatnim słowie oskarżony. Dziś usłyszy wyrok.
Michał NOSAL nosal@echodnia.e ródło: 
|
|
|