22-letnia głuchoniema kobieta w krytycznym stanie wraz ze swoim 29-letnim, też głuchoniemym mężem z ranami po nożu trafili do szpitala. Taki jest finał krwawej awantury, jaka rozegrała się między nimi w Busku.
W mieszkaniu zostało czteromiesięczne dziecko.
Sceny niczym z najczarniejszego horroru rozegrały się wczoraj tuż przed południem na buskim osiedlu im. Piłsudskiego. Około godziny 11.50 z klatki schodowej jednego z bloków wybiegła brocząca krwią 22-letnia kobieta i upadła na chodniku, przy osiedlowej uliczce. Za nią wybiegł z klatki mąż, który jednak - jak twierdzą świadkowie - natychmiast wbiegł z powrotem do klatki i zamknął się w mieszkaniu na drugim piętrze.
Wezwana karetka błyskawicznie przewiozła ciężko ranną kobietę do odległego zaledwie kilkaset metrów szpitala, gdzie od razu trafiła na blok operacyjny. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jej stan był krytyczny, lecz od razu rozpoczęła się walka zespołu chirurgów o uratowanie jej życia.
Okazało się, że 29-letni mąż rannej, także ma - zadane prawdopodobnie nożem - dwie rany cięte, jedną w okolicy szyi, drugą - jamy brzusznej.
Mężczyznę oraz czteromiesięczne niemowlę, które przebywało wraz z rodzicami w mieszkaniu, również przewieziono do szpitala.

Zarówno mąż, jak i żona są głuchoniemi. Głuche jest także dziecko, które po zbadaniu przewieziono do domu, a tam zaopiekowała się nim babcia.
W czasie gdy na bloku operacyjnym lekarze walczyli o życie kobiety, jej mąż pozostał w szpitalu nie tylko pod opieką lekarzy, ale także dwóch funkcjonariuszy. Policja w tej fazie dochodzenia nie wykluczała bowiem, że mężczyzna mógł się sam okaleczyć.
Wody w usta nabrali świadkowie tego, co rozegrało się przed blokiem. - To przerażające! Nie wiemy, co się tam wydarzyło. Boże, oni mają takie maleńkie dziecko! - mówili jedynie sąsiedzi, przerażeni tragedią, jaka rozegrała się w mieszkaniu na drugim piętrze.
/MIO/
źródło: