Cuda świata: Wesoły cmentarz.
2008-11-02 03:17:11


Niczego złego w życiu nie zrobiłem, malowałem, kochałem i troszeczkę piłem – tak napisał o sobie na własnym nagrobku Stan Patras. Sportretował się na nim w pięknym kowbojskim kapeluszu. W ten sam sposób zwykł tłumaczyć się żonie. Z domu zawsze wychodził za wcześnie, wracał zaś za późno. Z rzadka bywał trzeźwy, ale w chwilach, gdy mu się to zdarzało, gubił się we własnym świecie i tworzył. Nie malował rozległych pejzaży, nie rzeźbił świątków ani chwytających za serce scen biblijnych. Stan Patras obserwował sąsiadów i, kiedy przechodzili na „drugą stronę”, szykował im wesołe nagrobki.

 sapanta1.jpg


Nawet nie przypuszczał, że jego „dzieła” zamienią kiedyś śmierć w turystyczną atrakcję. Nekropolia, którą zainicjował, trafiła na Listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO i stała się jednym z najsławniejszych miejsc na ziemi. I podobno najweselszym. Rumunii uważają nawet, że Wesoły Cmentarz jest jednym z cudów świata. Nawet egipskie piramidy nie są w stanie mu dorównać.



Jakie życie, taka śmierć

Sapanta to malutka wioska w samym sercu Maramureszu, krainy buków i dębów, położonej tuż przy granicy Rumunii z Ukrainą. Czas chyba się tu zatrzymał. Drewniane domki wzdłuż drogi bardziej przypominają skansen niż miejsce do życia. W drogach dziury, w sadach owoce pachnące prawdziwą prowincją, w dwóch piwiarniach wąsaci chłopi w obowiązkowych kapeluszach. Z każdym rokiem przybywa przyjezdnych i gapiów, ale nawet ich wścibskość nie jest w stanie zetrzeć pełnych szczęścia uśmiechów z ust mieszkańców Sapanty. Gdzieś w centrum wsi – o ile coś tak niewielkiego może mieć centrum – tuż obok kościoła, wyrasta nagle las niebieskich krzyży. Z tyłu widać niewysokie góry. Na pierwszy rzut oka trudno rozpoznać, dokąd się trafiło. Niby to cmentarz, ale mnóstwo na nim rozbawionych dzieci. Niby to miejsce poważne, ale szczerbaci Cyganie popijają przy nagrobkach piwo. Jedni wchodzą jak do siebie, inni muszą wkupić się biletem. Generalnie to bardziej park niż miejsce spoczynku. Kiedyś Wesoły Cmentarz faktycznie służył tylko pochówkom. Dzisiaj to spora atrakcja – co jakiś czas pod murem zatrzymują się więc autokary na zagranicznych rejestracjach. Ale turyści nie przybywają tu, aby popaść w zadumę. Często traktują to miejsce jak wesołe miasteczko. Tyle że pełne zmarłych. Ale – czy bardzo się mylą? Każdy czasem bywa w życiu zabawny, zaś Stan Patras dał sobie prawo do podśmiewania się z ludzi także po ich śmierci.

sapanta2.jpg



Vesel Cimintiri odkryli w 1955 roku francuscy turyści. To właśnie oni jako pierwsi rozpowszechnili wieści o nekropolii, gdzie na grobach znajdują się kolorowe, naiwne płaskorzeźby. Wszystkie opatrzone tekstem, często rymowanym i dowcipnym. Oni też jako pierwsi nazwali to miejsce Wesołym Cmentarzem. Kiedy siedemdziesiąt trzy lata temu Stan Patras zaczynał rzeźbić nagrobki, czasy były trudne, dookoła bieda i komunizm, ale nietuzinkowy artysta widział we wszystkim kolory. Głównie niebieski.

– Inspiruje mnie niebo – mawiał. – Dookoła widać wszystkie znane cztery barwy: czarny, czerwony, żółty i zielony. Niebieski to piąty kolor Maramureszu. Kolor raju.

Niewątpliwy wpływ na postrzeganie barw miało u Patrasa brandy, ale kto by dziś czepiał się szczegółów. Sam rzeźbiarz również nie przywiązywał wagi do drobiazgów. Pieniądze go interesowały w niewielkim stopniu, o co żona często miewała pretensje. Dla niego zapłatą była możliwość spędzenia czasu w dobrym towarzystwie, nierzadko kobiecym, bądź butelka śliwowicy. Lubił śpiewać i tańczyć. Pewnie też śmiał się głośno.

Urodził się w 1908 roku w Sapancie. Tu mieszkał całe życie. Na końcu wsi, w małym drewnianym domu przekomarzał się z żoną i pracował. Krzyże zaczął rzeźbić jako czternastolatek; miał się od kogo uczyć, zarówno ojciec, jak i dziadek pracowali w drewnie. W wieku dwudziestu siedmiu lat stworzył pierwszy „poważny” choć wesoły już nagrobek. Zamówiła go rodzina Gheorghe’a Zapcy, który utonął w pobliskiej Tisie. Zamiast Chrystusa na krzyżu nagrobnym znalazły się kolorowe kwiatki. Po jakimś czasie artysta dodał płaskorzeźbę przedstawiającą śmierć Zapcy. A następnie wierszyk. Był z siebie dumny. Jakiż jednak musiał być zdziwiony, kiedy okazało się, że jego dzieło zrobiło prawdziwą furorę. Od tej pory nikt już nie chciał chować bliskich tak jak dotychczas. Każdy pragnął im sprawić bukowy obrazek, takież kwiatki i wierszyk, mimo że Stana Patrasa niekoniecznie obchodziło to, co chciała widzieć na nagrobkach rodzina. Na jednym z najstarszych i najsławniejszych, w imieniu zmarłego w czterdziestym piątym roku życia pijaka wyrył napis: Komu wódka dobrze wchodzi, to co mnie go spotkać musi, bo mnie zawsze trunek kusił, i z nim w ręce w śmierć odszedłem.

Jeśli zmarły popijał, rzeźbiarz wytykał mu to bez ogródek, gdy kłócił się z żoną, nie pozwalał potomnym o tym zapomnieć. Artysta wcale nie hołdował zasadzie, że o nieżyjących mówi się tylko dobrze. Ale też nigdy nie przekraczał pewnych granic. A że drzewa i nieboszczyków nie brakowało, codziennie w małej chacie powstawały nowe, kolorowe krzyże.

– Jak myślisz, czemu ludzie zamawiają takie właśnie nagrobki? – pytali Patrasa kumple. A on odpowiadał:
– Być może pragną pamiątki, która pokazuje im inną twarz śmierci. Pokazuję im tylko to, czego zdają się nie widzieć. Nie odkrywam niczego nowego.

Życie jak kawałek lodu

Wesoły Cmentarz to niejako miasteczko. Gdyby skupić się na obrazkach z nagrobków i je „uruchomić”, okazałoby się, że wiele się tu dzieje. Kobiety tkają, inne haftują, jeszcze inne przygotowują obiad. Mężczyźni rąbią drzewo, jadą do pracy, piją z kolegami. Ale teksty pod obrazkami sprowadzają na ziemię. Wszystkie pisane w pierwszej osobie: jakoby zmarli sami głosili swoje epitafia. Jest w nich nawiązanie do własnego życia, jest też próba uchwycenia momentu śmierci. Każdy grób to osobna historia. Oprócz tych humorystycznych, znajdziemy i takie, w których przeważa smutek. Stan Ioan Ciltu wspomina zza grobu: Kiedy chciałem wrócić do domu, do żony i dzieci, poszedłem nad Tisę, żeby przepłynąć wpław do mojej wioski. Lecz zły człowiek strzelił mi w plecy i zakopał moje ciało. Moje dzieci zostały sierotami, niech Bóg je błogosławi, a one mają mnie w pamięci. Urodziłem się w 1905 roku, odszedłem z tego świata w wieku 36 lat.

sapanta3.jpg



Szczególne wrażenie robią opowieści o dzieciach, o okrutnych morderstwach, o śmierciach niepotrzebnych. Jak bardzo wzrusza czarnowłosa dziewczynka w niebieskiej sukience, z wielką kokardą we włosach. Czuwają nad nią dwa małe aniołki. Dziecko opowiada: Oto moje miejsce odpoczynku. Nazywam się Marie Turda, choć od maleńkości wołali na mnie Marie Monghi. Kiedy byłam małą dziewczynką, chodziłam do przedszkola. Ale przyszła śmierć, ten tyran, i nie pozwoliła mi już pójść do szkoły. Śmierć przyszła w pośpiechu i mnie zabrała. Potrącił mnie traktor, kiedy wychodziłam z domu. Rodziców pozostawiłam w smutku, dziadków zaś w żałobie. Już na zawsze będą pogrążeni, bo śmierć mnie zabrała, kiedy miałam zaledwie trzy latka. Był wtedy rok 1978.

Przez przypadek zginął też Ion. Na swoim nagrobku został uchwycony w momencie, kiedy wpada pod koła pociągu. Zamiast aniołków, niebieski obrazek zdobią ptaszki. Ion opowiada: Od dziecka mówiono na mnie Ion, syn Iriny. Z domu wyszedłem w poniedziałek, a we wtorek dopadła mnie śmierć. Stało się to w górach, koło Braszowa, tuż przy linii kolejowej we wsi Brandul. Widać moim przeznaczeniem było gnicie na dnie ziemi. Pozostawiłem rodziców w żałobie. Nie zaprzestaną jej aż w swym grobie. Porzuciłem ten świat w wieku lat 27.

I jeszcze taka scenka: uśmiechnięty błogo lekarz w białym kitlu przykłada stetoskop do piersi równie spokojnie radosnej kobiety. Ona ubrana jest tradycyjnie. Ma ciemną spódnicę w barwne wzorki, chustę z podobnej tkaniny i piękną białą koszulę z delikatnym haftem. Wspomina: Odkąd żyję, wołali na mnie Ioana Veretoaii. Pozwólcie, że opowiem, co mnie spotkało. Zachorowałam, a lekarze nie wiedzieli, jak mi pomóc. Moje marne życie roztopiło się jak kawałek lodu. Moja biedna córka pogrążyła się w cierpieniu, bo matka odeszła z jej życia. Nie było też już pomocy dla mojego męża. Musiałam umrzeć. I mój przybrany syn również się wielce zasmucił. Opuściłam to życie w wieku 51 lat.

Każdy zmarły przekazuje swoją historię za pośrednictwem pstrokatej płaskorzeźby i słów. Niektórzy „robią to” ze smutkiem, inni z humorem. I choć kolorowo tu – śmierć jest wszechobecna. W niedzielę, kiedy wszyscy wędrują do świątyni w tradycyjnych strojach, nie sposób nie ulec wrażeniu, że to skansen, teatr – coś nie do końca autentycznego. A jednak wszystko jest tu prawdziwe.

W dniu pogrzebu, sześć tygodni po nim, a potem w pierwszą rocznicę śmierci na cmentarz przychodzą bliscy. Przynoszą bardzo słodkie pszenne ciasto. Przygotowuje się je ku czci zmarłego, a następnie najczęściej rozdaje biednym. Rodzina zostawia kwiaty na mogiłach. Pielęgnują je starsze, przygarbione panie, w czarnych spódnicach i bluzkach, z czarnymi chustami na głowach.


Kup pan krzyż


Stan Patras umarł w 1977 roku. Jego dzieło przejął Dymitru Pop, który został również kustoszem muzeum swojego poprzednika. Jest kimś innym niż założyciel cmentarza. Spokojny, zrównoważony, konsekwentnie wykonuje swoją pracę, nie rozwodząc się nad nią zbytnio.

W dawnym domu Patrasa wszystko jest teraz inaczej niż kiedyś. Do Bukaresztu pojechały rzeźbione portrety Nicolae i Eleny Ceauşescu – swego czasu artysta zawarł znajomość z rumuńskim przywódcą. Ich miejsce zajęły płaskorzeźby z ludowymi motywami chętnie kupowane przez turystów. Bo w Sapancie wszystko jest na sprzedaż. Nawet wesołe nagrobki, które wcale nie muszą trafić na cmentarz. Równie dobrze mogą ozdabiać ogródek. Szczególnie chętnie kupują je sobie na pamiątkę włoscy turyści. Sapanckie krzyże robią karierę na całym świecie. „Produkcja” jednej sztuki zabiera Popowi dwa tygodnie. Potem układa wierszyk. Błękitny krzyż kosztuje ponad trzysta euro.

To może dziwne, ale po cmentarzu w Sapancie przechadza się wiele uśmiechniętych osób. Czyżby łatwiej było tu zaakceptować to, z czym gdzie indziej tak trudno się pogodzić?

Joanna Lamparska
źródło: www.kultura.wp.pl

 fotoreportaż

foto: Alicja Mech













https://swietokrzyskie.info/printarticles.php?id=28